Na afrykańskich ścieżkach cz II

Dalszy ciąg relacji z podróży Naszej Matki Błażei Stefańskiej CSCIJ do naszych siostrzanych wspólnot misyjnych w Afryce,
Gitega, 16 listopada 2016 roku

Zobacz galerię zdjęć

internowicjat-2

Po zakończeniu wizytacji kanonicznej w Musongati (22 października), zostałyśmy jeszcze kilka dni z siostrami. Ta nasza placówka misyjna ma swój szczególny urok, może dlatego, że to taki trochę nasz „dom macierzysty” w Afryce, i to tutaj zaczynały swoje misyjne posługiwanie nasze siostry misjonarki i tutaj także wychowała się większość naszych misyjnych powołań. Dobrze nam tu być, lecz w czwartek, 27 października, trzeba było pożegnać gościnną wspólnotę i s. przełożona Leokadia odwiozła nas do Gitega.

Gitega ! Dawna stolica kraju, miasto lezące praktycznie w sercu Burundi, ponad godzinę drogi samochodem na północny wschód od Musongati. Tutaj często mierzy się drogę nie w kilometrach, tylko w godzinach – samochodem, lub pieszo; jest to o tyle praktyczne, że odległość w kilometrach może być niewielka, natomiast droga taka, że przejazd samochodem pochłania dużo czasu. A jeżeli już jesteśmy przy temacie drogi, to oczywiście, tylko główne drogi w kraju są asfaltowe. Pozostałe, są zrobione z ubitych kamieni, lub po prostu z gliny (ogólnie panujący czerwony kolor) i bogate w rozmaite niespodzianki w postaci dziur i wybojów, które normalny samochód nie byłby w stanie pokonać. Tutaj sprawdzają się samochody typu jeep, najlepiej, według doświadczonych misjonarzy, toyota! Różnica między drogą asfaltową a taką zwykłą jest taka, że posiada ona tylko dziury, ale za to wcale nie rzadko, i często kierowca, jeżeli chce oszczędzić kola musi nieźle slalomować! Dojazd do naszej misji w Gitega od drogi głównej jest więc taka wyboisto-dziurawa droga, która dostarcza dodatkowych efektów, kiedy się jest w samochodzie – bardzo porządnie trzęsie! Ale cieszymy się, że nasz dom jest w mieście i do drogi asfaltowej jest niewiele ponad kilometr (dla przykładu – Musongati jest odlegle od asfaltu o 13 km, ale za to droga była niedawno naprawiona i siostry mówią „nasza autostrada”!)

Wspólnota w Gitega liczy prawie 30 sióstr: 9 sióstr profesek, siostra nowicjuszka na formacji, 13 nowicjuszek i 7 postulantek.

W dniu, kiedy przyjechałyśmy, siostry akurat przeżywały Nawiedzenie Matki Bożej , niewielka figurka Matki Bożej, peregrynuje po różnych wspólnotach zakonnych i akurat przybyła do sióstr. Tego samego dnia wieczorem rozpoczęła się wizytacja kanoniczna, ale nazajutrz w piątek, wraz z Naszą Matką, miałyśmy dzień skupienia. Na zakończenie naszego skupienia, w uroczystej procesji, przy śpiewach, tańcach i odmawiając różaniec przeniosłyśmy Matkę Bożą do kolejnej wspólnoty zakonnej, naszych najbliższych sąsiadek, sióstr Bene Terezya. Siostry Bene Terezya to pierwsze tubylcze zgromadzenie zakonne, założone w 1931 roku, na cześć św. Teresy od Dzieciatka Jezus, która jest tutaj po prostu wszechobecna. Zresztą większość naszych młodych powołań dojrzewało i dojrzewa za Jej pośrednictwem i pod Jej opieka!

Od soboty zaczęły się rozmowy z s. przełożoną, z siostrami, zwiedzanie domu i całej posiadłości sióstr. Teren misji jest naprawdę obszerny. Nad bramą wjazdową widnieje napis ” Betlejem”. Oprócz domu, zabudowań gospodarczych i ogrodu, jest także szkoła szycia i przedszkole, a także mały sklepik, gdzie największym powodzeniem cieszą się „paczki z Betlejem”, czasem nawet sprzedaje się ich 300 dziennie!

W szkole szycia (dwuletniej) kształci się około 70 uczniów, przeważnie dziewcząt ale są też i chłopcy. Raz w miesiącu mają wspólną Mszę świętą, na której pięknie śpiewają; wtedy też mogą skorzystać z sakramentu pokuty i rzeczywiście korzystają! Nasza Matka była zaproszona na uroczyste rozdanie dyplomów dla kończących w tym roku (tutaj system szkolny jest trochę inny, i rok szkolny kończy się na jesieni, w ogóle nie ma długich wakacji, tylko 3 tygodnie w sierpniu). Po spowiedzi i uroczystej Mszy świętej, na którą byli także zaproszeni rodzice, a także rożni goście, absolwenci śpiewali i tańczyli, oczywiście w stylu afrykańskim, to znaczy z bębnem! Po wspólnym obiedzie, nastąpiło przemówienie siostry Elizabeth, która jest odpowiedzialna za szkole, a następnie Nasza Matka wręczała dyplomy absolwentom, którzy zawołani każdy po imieniu, podchodzili przejęci. Wśród absolwentów tegorocznych były także nasze dwie siostry nowicjuszki, obecnie na formacji, s. Yvonne i s. Alfonsine, bardzo dumne z tego, że otrzymały dyplomy z rąk Naszej Matki generalnej. W normalnych warunkach uczniowie opuszczający szkolę otrzymują także maszyny do szycia (oczywiście, nie elektryczne, tylko nasze dawne pedałowe, bo przecież tutaj nie ma prądu!), ale w tym roku pomoc na zakup maszyn dotarła w ostatniej chwili i trudno było naraz sprowadzić ich aż 23! Ale wiemy na pewno, i uczniowie też, że maszyny na pewno dotrą do nich, więc wszystko się odbyło bardzo uroczyście i spokojnie.

internowicjat-2

Do przedszkola przychodzi 108 dzieci. Są podzielone na trzy grupy, maluchów jest ok 40, średniaków ponad 50, a pozostali to starszaki. Dzieci jak to dzieci, wiadomo, że trudno jest ogarnąć taką na przykład pięćdziesiątkę w jednej salce. Możemy tylko dodać, że dzieci są raczej żywe! W przedszkolu pracuje kilka naszych sióstr: s. Joselyne (juniorystka) jest odpowiedzialna za całość i ma najstarszą grupę, ale wkrótce będzie się przygotowywać do slupów wieczystych i pojedzie do drugiego nowicjatu. Wprowadza więc w swoje obowiązki s. Ines, także juniorystkę, ale młodsza, która po roku junioratu przyjechała do Gitega, by pracować w przedszkolu. Razem z nimi są także dwie postulantki, a także dwoje dziewcząt, które pomagają w przyrządzaniu posiłków i w opiece nad dziećmi. Zajęcia odbywają się tylko rano, tzn. od 8-ej do 12-ej. Dzieci uczą się powoli języka francuskiego, znają już kilka modlitw i piosenek, ale siostry mówią do nich także w kirundi. Rodzice dzieci bardzo by chcieli, aby po przedszkolu, ich pociechy mogły dalej kontynuować naukę w szkole prowadzonej przez siostry, ponieważ poziom w naszym przedszkolu jest wyższy niż w szkołach państwowych, i dzieci, które po naszym przedszkolu idą do szkół państwowych nudzą się i jak twierdzą rodzice, tracą to czego się już nauczyły.

Można tutaj dodać, że niestety, nie wszystkie dzieci są objęte obowiązkiem szkolnym (tzn. teoretycznie tak, ale w praktyce wiele dzieci nie chodzi do szkoły, ani do przedszkola). Temat prowadzenia szkoły podstawowej przez siostry już od dawna był poruszany przez rodziców, którzy wysyłali prośby do naszej Matki i Jej Rady. Ostatnio zapadła decyzja o zakupie terenu pod szkołę a także wydana zgoda na jej budowę. Teraz pozostaje zebranie odpowiednich funduszów, a nie jest to mała kwota, chodzi bowiem o budynek piętrowy, z koniecznym wyposażeniem pedagogicznym, sportowym i sanitarnym a także o budowę domu dla wspólnoty sióstr, wraz z kaplicą, szkoła bowiem nie może pozostać bez opieki. Nasza Matka obejrzała zakupiony już teren, który znajduje się niedaleko od obecnej misji, około 15 minut pieszo. Na razie jest on ogrodzony iminyare, tak się nazywa roślina, którą się sadzi na granicy posiadłości.

S. Joselyna zaprosiła Naszą Matkę na zebranie z rodzicami, którzy pragnęli podziękować za wyrażoną zgodę i obietnice szkoły a także dowiedzieć się, od kiedy szkoła będzie mogła funkcjonować.

internowicjat-2

Nasza Matka rozumie potrzeby rodziców, ale pewnych trudności nie da się cudownie rozwiązać, trzeba poczekać; projektem budowy szkoły i jej otwarcia zajmuje się bezpośrednio s. Salezja Kasza wikaria misyjna.

Nasza Matka spotkała się także z dziećmi z przedszkola, które tańczyły, śpiewały i modliły się a także chętnie pozowały do pamiątkowego zdjęcia. Wielkim sukcesem cieszyły się także przywiezione z Polski okrągłe lizaki! Kiedy się patrzy na te uśmiechnięte maluchy, w niebieskich, jednakowych mundurkach, aż trudno uwierzyć, z jakiego środowiska one pochodzą i jak różne jest ich dzieciństwo od dzieciństwa dzieci w Europie.

Od przedszkola jesteśmy tylko krok od formacji naszych najmłodszych sióstr. To liczna gromadka, bardzo radosna, rozśpiewana, roztańczona, ale także i rozmodlona. Nasze postulantki i nowicjuszki są pod opieka s. Jacqueline, mistrzyni nowicjatu. Będzie jej pomagać, to znaczy zajmie się postulantkami s. Zuzanna, która właśnie dojechała do Gitega z Rugango (Rwanda). Siostry dwa razy w tygodniu wychodzą na wykłady do internowicjatu. Zajmuje im to cały dzień, ponieważ jest za daleko, by wracać na południe. Siostry korzystają z wykładów z teologii duchowości, Pisma Świętego, Katechizmu, Katechizmu slupów, psychologii, przeznaczonych dla postulatów i nowicjatów różnych zgromadzeń, których na terenie Gitega jest 23! S. Jacqueline także ma wykłady w internowicjacie, oprócz tego wykładają też inne siostry i księża, to taka wzajemna pomoc, by jakoś pomóc duchowo wzrastać tym młodym ludziom, którzy usłyszeli głos powołania, ale poziom ich wiedzy religijnej jest często bardzo słaby. Poważna trudność, to słaba znajomość języka francuskiego (wykłady są po francusku) i nie wszyscy mogą naprawdę skorzystać w pełni z wartościowych wykładów. Nasza Matka odwiedziła obie grupy internowicjatu (pierwszy i drugi rok); na każdym roku jest ponad 100 osób; jednej grupie wynajmują sale siostry Franciszkanki, a druga uczy się w sali gimnastycznej w szkole katolickiej.

internowicjat-2

Tak dla ścisłości należałoby dodać, że niby obydwa te punkty znajdują się w mieście, jednak droga pomiędzy jednym a drugim jest tak wyboista i stroma, je nasz dzielny jeep został na podwórku u sióstr, a do szkoły poszłyśmy pieszo. Odpowiedzialni za formacje starają się, by móc wybudować odpowiednio duży budynek, który by mógł pomieścić wszystkich, ponieważ okres dzierżawy dotychczasowych pomieszczeń dobiega końca. Po ostatnich konsultacjach zostało ustalone, że jest taki odpowiedni teren, za który nie trzeba płacić (bo należy do diecezji) gdzie można rozpocząć budowę, trzeba tylko pomyśleć skąd wziąć fundusze, będzie to jednak inwestycja mniej kosztowna, niż budowa szkoły i każda ze wspólnot, które korzystają z internowicjatu powinna się zaangażować finansowo w to dzieło. Można dodać, że wspomniany teren jest niedaleko naszej misji, co pozwoliłoby siostrom łatwiej dotrzeć na miejsce (obecnie rano odwozi je siostra mistrzyni, ponieważ by nie zdążyły na wykłady, ale z powrotem wracają pieszo), wrócić na południe i potem kontynuować dalej.

Jeżeli dom w Gitega był budowany z rozmachem, praktycznie (chodzi szczególnie o układ budynków, ich użyteczność, system zabezpieczenia zapasów wody, jest nawet piwnica) i przyszłościowo, (nie mówiąc już o rekordowo krótkim czasie budowy – 9 miesięcy od poziomu „nic” do gotowej do zamieszkania misji!!!!), okazuje się jednak zbyt mały w obecnej sytuacji, i w części nowicjatu siostry są naprawdę ściśnięte, jak sardynki. Konieczne było powiększenie cel (rozbito postawione z cegieł, bardzo zresztą pomysłowe szafy) by zmieścić po dwa łóżka (pomimo ciepłego klimatu spanie na dworze nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem). Konieczne było zamówienie dodatkowych krzeseł do kaplicy i taboretów do refektarza Deo gratias! Jednak wiadomo, że formacja to proces długotrwały i nie wiemy, ile z naszych obecnych postulantek i nowicjuszek dotrze do profesji pierwszej czy wieczystej i jeszcze dalej, aż do Nieba! Główna troska skupia się zatem na ich wychowaniu, by kochały swoje powołanie, kochały Zgromadzenie, poznawały naszą duchowość i charyzmat. Każda z nich ma swoje historie powołania, i często przez Świętą Teresę od Dzieciątka Jezus, czasem także poprzez Szkaplerz karmelitański poznały Karmel i zapragnęły wspinać się na jego szczyty „małą drogą”. To bardzo wzruszające patrzeć na świeżość ich wiary i zapał a także na zaangażowanie w życie wspólnoty, w różne działy pracy. Otaczajmy je modlitwą, aby Pan Jezus mógł je kształtować w duchu swojego Dziecięctwa i ofiarować Ojcu, jako czystą ofiarę zjednoczona z Nim samym.

nowicjat

Przy tej ożywionej gromadce, siostry profeski stanowią nieśmiałą mniejszość. Ale i tutaj nie brakuje życia! Siostra Zenobia, jedna z pierwszych misjonarek kontynuuje swoją posługę z właściwą sobie dyskrecją i oddaniem. Jest niesamowitym świadectwem dla najmłodszych sióstr, które uczy szycia a także mnóstwa innych rzeczy. Jak cenna jest jej posługa można było zobaczyć szczególnie w dniu jej imienin, z jak wielką wdzięcznością i życzliwością siostry wyrażały swoje życzenia dla solenizantki. Siostra Zenobia zajmuje się nadal pomocą ubogim, wśród których są i dzieci i dorośli. Miałyśmy okazję towarzyszyć jej w jednym takim spotkaniu, gdy najbiedniejsze dzieci z pobliskiej szkoły przyszły odebrać zeszyty, długopisy, plecaki, mydło i kamambiri (plastikowe klapki, bo przecież dzieci chodzą boso!). Przyszło około 30 dzieci i bardzo się cieszyły z tej wyprawki szkolnej, zakupionej dzięki ofiarności dzieci pierwszokomunijnych z Marek, które zachęcone przez s. Kandydę złożyły ofiarę jako dar z okazji ich Pierwszej Komunii Świętej. Może to zachęci i inne grupy do dzielenia się z tymi, którzy naprawdę nie mają prawie nic. Oprócz sióstr pracujących w szkole i w przedszkolu jest także s. Pilar, juniorystka, która pomaga w domu, a szczególnie przy wypieku pączków, co pochłania dużo czasu i energii. Okazuje się jednak, że przy tak licznych zamówieniach trzeba było zatrudnić jeszcze jednego pracownika (tzn. trzeciego, bo dwóch już jest), ponieważ jest to praca ponad siły sióstr. S. Alfonsine, nowicjuszka na formacji, przyucza się w kuchni a także pomaga gdzie trzeba.

Natomiast siostra Teresa, „mama mukuru”, przełożona wspólnoty, jest po prostu wszędzie, dyskretna i „efficace” (skuteczna). Siostra Teresa jest ogólnie uznanym autorytetem jeżeli chodzi o kuchnie (także polską!) i stara się przekazać jej tajniki młodszemu pokoleniu. Siostra Teresa praktycznie wychowała się u naszych sióstr (pochodzi z Musongati) i kiedy zaczęła przychodzić do sióstr była jeszcze taka mała, że trzeba jej było wspinać się na stołeczek by móc się przyglądać siostrze Juliannie, mieszającej zupę lub przygotowującej posiłki! Ta drobna postura jej pozostała, ale już nie musi stawać na stołeczku! Pomiędzy kuchnią, wypiekiem pączków na sprzedaż, remontami w domu, pracami w ogrodzie, zakupami na targu i tysiącem innych spraw, wszędzie nosi ze sobą swój łagodny uśmiech i pokój, i jak sama mówi „z pomocą łaski Bożej robi co może”. Tutaj trzeba dodać, że w ogrodzie pomaga kilka osób, czasem więcej, czasem mniej, w zależności od sezonu. Z jednej strony jest to pomoc dla sióstr, ale z drugiej, także pomoc dla tych ludzi, ponieważ najczęściej są to biedni, którzy nie maja innej pracy, a w ten sposób mogą otrzymać jakąś zapłatę, czasem i materialną pomoc (np. jedzenie, lub mydło, itp.), i wiedzą, że mogą liczyć na modlitwę sióstr. Czasem biedni, jeżeli mają trochę siły, sami od siebie przychodzą, ponieważ chcą odpracować to, co dostali od sióstr, jako pomoc w potrzebie. Ale nad tym wszystkim trzeba jakoś czuwać, jakoś to ogarnąć, o wszystkim wiedzieć, a przecież nie jest tego mało!

internowicjat-2

W ogrodzie sióstr są prawdziwe uprawy manioku, słodkich ziemniaków, wszelkiego rodzaju bananów (to znaczy tych, które znamy, żółtych i słodkich, ale i także zielonych, twardych, które się gotuje i które są jednym z podstawowych tutejszych dań), kukurydzy, ananasów, fasoli, orzeszków ziemnych. Są też drzewa mango, awokado, hibiskus, cytryny, mandarynki, pomarańcze, i różne pięknie kwitnące krzewy i kwiaty. Tutaj w porze deszczowej jest trochę więcej opadów niż w Musongati, więc o tej porze roku jest bardzo zielono i wszystko się garnie do życia.

Codziennie w kaplicy jest celebrowana Msza Święta przez księży „doctrinaires”, księży ze Zgromadzenia Doktryny Chrześcijańskiej, założonego we Włoszech. Ksiądz arcybiskup diecezji Gitega, Simon, powierzył im opiekę nad domem formacyjnym sióstr. Księża są naszymi sąsiadami (trochę dalszymi niż Bene Terezya) i rzeczywiście sumiennie wypełniają swoją misje, jeżeli chodzi o siostry, ale także pełnią posługę dla uczniów ze szkoły szycia i dla dzieci z przedszkola. Większość, to księża z Burundi, ale jest też jeden Włoch, dawny przełożony generalny, Luciano, który przyjechał do Burundi 10 lat temu, a obecnie ma 82 lata! Nie ustępuję jednak młodym kapłanom ani gorliwością, ani energią, ani jasnością umysłu, ani poczuciem humoru. Karmi naszą wspólnotę Słowem Bożym i stara się prowadzić ja prawdziwymi ścieżkami ewangelicznymi, dzieląc się swoim niezwykle bogatym doświadczeniem ale przede wszystkim uwrażliwiając na działanie Ducha Świętego, który sam nas prowadzi, poucza i uświęca.

W uroczystość Wszystkich Świętych, dowiedziałyśmy się, że nasz Ojciec Eliasz Trybała (OCD), który przebywa we wspólnocie w Gitega, w nocy znalazł się w szpitalu prowadzonym właśnie przez siostry Bene Terezya. Kiedy poszłyśmy mu złożyć wizytę (i przy okazji także nakarmić, ponieważ tutaj w szpitalach to rodzina zapewnia choremu posiłki) nie wiadomo było dlaczego upadł (kilka razy), słabo się czuje i ma skoki temperatury. Po kilku dniach, i kilkukrotnych badaniach stwierdzono malarie. Został wiec w szpitalu ponad 10 dni, dostawał kroplówki, ale teraz już wrócił do klasztoru. Ogólnie jednak jest bardzo osłabiony i siostry się o niego martwią.

Przy okazji Wszystkich Świętych, ponieważ jest to także dzień wolny od pracy i wszystkie siostry były w domu, udało się zorganizować wielką rekreację, ku ogólnej radości całej wspólnoty. Siostry przygotowały bigos (prawie jak polski!!!) i piekły kukurydze na ogniu, w ustawionym na zewnątrz palenisku. Nie zabrakło śpiewów, skeczów i tańców, oczywiście afrykańskich! Bardzo miłe zabawy sprawiły, ze dzień szybko minął, ale zostawił bardzo pogodne wspomnienie. Po południu siostry miały zebranie podsumowujące uroczystość Pierwszej Profesji, spotkanie wszystkich, którzy pomagali siostrom w organizacji, by sobie wzajemnie podziękować, zobaczyć razem mocne i mniej mocne strony organizacji na przyszłość. Oczywiście, że pozytywów było zdecydowanie więcej i cale zebranie odbyło się także w radosnej atmosferze.

W tym czasie s. Jacqueline zawiozła nas do klasztoru karmelitanek bosych w Gitega. Siostry są tutaj od kilku lat, obecnie budowa ich klasztoru jest prawie całkowicie ukończona. Teren pod klasztor i sam klasztor został sfinansowany przez tatę jednego z nuncjuszy, który pochodził ze Stanów Zjednoczonych i zastanawiał się jak wykorzystać swój majątek, ponieważ jego jedyny syn został księdzem. Wiec syn ksiądz mu podpowiedział! I tak powstał nowy Karmel w Gitega. Siostry, pomimo, że nasza wizyta nie była zapowiedziana, bardzo milo nas przyjęły, znalazłyśmy wiele wspólnych tematów, nie zabrakło też sympatycznego poczęstunku! Po tej milej wizycie, w drodze powrotnej, odwiedziliśmy także wspólnotę ojców, którzy sąsiadują z siostrami karmelitankami przez mur. Ojciec przeor, Libere, oprowadził nas po posiadłości; ojcowie prowadza dom rekolekcyjny, więc jest i kaplica, kilka budynków z pokojami, salami konferencyjnymi i zapleczem, i duży ogród.

W czasie naszego pobytu w Gitega miałyśmy także okazje odwiedzić Ojców Białych. Wśród nich jest jeden Polak, ojciec Bogusław. Pod koniec XIX-tego wieku, to właśnie Ojcowie Biali założyli pierwsze misje w Burundi. To oni byli pierwszymi ewangelizatorami tego kraju. Kiedyś, bardzo liczni w Burundi, było ich około 300, dzisiaj zostało nie więcej niż 10. Jeżeli dzisiaj Kościół w Burundi jest żywy i się rozwija, to jest w tym wielka zasługa pierwszych misjonarzy, a wśród nich nie zabrakło także i męczenników. Ojcowie zakładali parafie, budowali szkoły, szpitale, a potem przekazywali je innym misjonarzom, lub tubylczym powołaniom, i szli dalej. Dzisiaj większość Ojców Białych, to księża Afrykańczycy, którzy jako misjonarze pracują w różnych krajach. Ojcowie mają jeden dom w Polsce, w Lublinie i ojciec Bogusław niedługo wraca do Polski, by pracować w wydawnictwie misyjnym i tak nadal służyć misjom. Ojcowie Biali zawsze służyli naszym siostrom pomocą, radą, dzielili się doświadczeniem, a to jest bardzo cenne na misyjnych terenach!

Nasza Matka odwiedziła także dom naszych księży kapelanów , parafie Św. Augustyna, z rozbudowującym się kościołem (bardzo ciekawie, nad obecnym, małym kościołem jest wznoszony wyższy i obszerniejszy, a kiedy już będzie gotowy, ten stary będzie rozebrany i pozostanie jeden nowy i duży). Spotkała także w parafii dzieci, które katechizuje nasza s. Ines. Nasza Matka próbowała swoich umiejętności w kirundi i odmawiała z dziećmi modlitwy w tym języku!

11 listopada przeżywałyśmy jako „dzień polski” we wspólnocie. W tym dniu Msza św. była celebrowana w intencji naszej Ojczyzny, a na zakończenie zaśpiewałyśmy w czwórkę „Z dawna Polski Tyś Królową”, a siostry Afrykanki nam wtórowały przy „Maryjo”. Potem do refektarza wniosłyśmy polską flagę, z orzełkiem. Siostry mają taką małą flagę na złotym maszcie, którą postawiłyśmy przy Dzieciątku. Siostry nowicjuszki rano, a siostry postulantki i pozostałe siostry po południu miały spotkanie z prezentacją o Naszej Matce Założycielce. Po południu dla polskiej części wspólnoty (chociaż jest to naprawdę mała część, ale serca polskie, gorące!) Nasza Matka przygotowała kilka prezentacji o obchodach 1050 rocznicy chrztu Polski. Można się domyślać, że nie zabrakło wzruszeń. Wieczorem cała wspólnota zgromadziła się, by obejrzeć dwie krótkie prezentacje o Naszym Ojcu Założycielu. W ten sposób nasze Afrykańskie współsiostry mogły się zapoznać i z początkami Zgromadzenia i z naszą historią, ponieważ historia naszego Zgromadzenia ścisłe się łączy z odrodzeniem naszej Ojczyzny! Nie zabrakło też afrykańskiego dziękczynienia za łaski udzielone naszej Ojczyźnie, za łaskę chrztu i opieki Bożej, w postaci śpiewów i tańców, a także przygotowanych specjalnie na te okazje prawdziwych polskich pączków!!!! (Te afrykańskie są też smaczne, ale dużo bardziej twarde i bez marmolady). Siostry z nowicjatu przedstawiły skecze po polsku, śpiewając kolędę „Pójdźmy wszyscy do stajenki”, powtarzając polskie słówka np. „Co to jest” „To jest zeszyt”, itp., wymawiając jak mogły najwyraźniej, co nie przeszkodziło wszystkim zaśmiewać się do łez. A na podsumowanie zaśpiewały też po polsku „Panie, przymnóż nam wiary!!!” co było bardzo stosownym podsumowaniem całego dnia!

Na zaproszenie s. Leokadii pojechałyśmy jeszcze raz do Musongati, by odwiedzić siostry, ale także dlatego by s. przełożona Teresa mogła skorzystać z okazji, by zobaczyć nowo postawiony piec chlebowy w szpitalu w Musongati, ponieważ nasz piec w Gitega nie piecze dobrze i ciągłe obracanie blach (siostry same pieką chleb) jest bardzo uciążliwe i zabiera dużo czasu (trzeba pilnować, żeby się wszystko nie spaliło a upiekło) i już została podjęta decyzja o zmianie pieca. W Musongati przeżyłyśmy bardzo piękne i radosne popołudnie w siostrzanej wspólnocie.

internowicjat-2

Jednak najwięcej czasu w Gitega Nasza Matka poświeciła na spotkania z siostrami i indywidualne rozmowy. W tak licznej wspólnocie, kiedy trzeba jeszcze doliczyć czas na tłumaczenie, nie jest zadziwiające, że zajęło to ponad dwa tygodnie!
Lecz 14 listopada, w Święto Wszystkich Świętych zakonu Karmelitańskiego, w czasie wieczornego rozmyślania nastąpiło zakończenie wizytacji w Gitega. Deo gratias!

Nasza Matka przywiozła piękne, duże obrazki Dzieciątka Jezus, siostry nowicjuszki zrobiły piękne maty, na których te obrazki zostały przymocowane i całość wygląda po prostu imponująco! Na zakończenie wizytacji każda z sióstr dostała taki obrazek, by móc zawiesić w celi i cieszyć się pogodnym, ufnym spojrzeniem Dzieciątka Jezus, Jemu się oddawać i dla Niego spalać się dzień po dniu.

Po zakończeniu wizytacji udałyśmy się na pielgrzymkę do katedry, by przejść przez Bramę Miłosierdzia jeszcze przed zakończeniem Roku Miłosierdzia.

Teraz zostaje jeszcze napisanie sprawozdania (po polsku i po francusku) i w sobotę mamy się udać na następną placówkę do Gasura. Ale o tym już w „następnym odcinku” bo i tak już jest trochę za długo) Imana ibahezagire! Niech Wam Pan Bóg błogosławi! Amahoro!

Zobacz galerię zdjęć

Oprac. s. Juliusza Świerkosz CSCIJ

Posted in Aktualności, Dom Generalny, Misje, Relacje and tagged , , , .