Chciałam być bliżej Boga.
Kiedy wspominam moją drogę do Karmelu, wciąż na nowo zadziwia mnie delikatność Bożego działania. To jak Jezus, szanując moją wolność, jakby wyczekiwał cierpliwie momentu, w którym będę gotowa otworzyć się na Niego, przyjąć zaproszenie do doskonalszej miłości.
Jezus pozwolił mi dotknąć, skosztować wszystkiego tego, w czym upatrywałam szczęścia, co w moim przekonaniu miało uczynić mnie szczęśliwą. Bardzo dobre wyniki na wymarzonych studiach, troskliwy chłopak, obiecująca praca, możliwość dalszego rozwijania zainteresowań… - otrzymałam wszystko w mierze, która nieraz przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Jednak to nie zapewniło mi tego, czego pragnęłam. Na pozór radosna, uśmiechnięta, mając niby „wszystko”, w głębi serca nie byłam naprawdę szczęśliwa. Wciąż szukałam. Szukałam Prawdy, sensu życia … nie mogłam znaleźć swojego miejsca w świecie, w Kościele … szukałam Jego.
Zmagałam się ze sobą, rozdarta pomiędzy tym, czego pragnęłam, a tym, co oferował mi świat. Jednego byłam pewna: „chciałam być bliżej Boga”. Tak było do momentu, kiedy po raz pierwszy prawdziwie zaufałam i … poddałam się. Przestałam szukać, zdobywać, dociekać, prosząc Jezusa w głębi serca, by On sam kierował dalej moim życiem. Karmiąc się codziennie Słowem, Chlebem Eucharystycznym i modlitwą po prostu uczyłam się przyjmować.
Niedługo potem znalazłam w Internecie zaproszenie do Kroczyc na indywidualne dni skupienia. Wysłałam e-maila, umówiłam się na konkretny termin i zastukałam do furty Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus. Uczestniczyłam w organizowanych przez Siostry spotkaniach, rekolekcjach. I tak pozwoliłam znaleźć się Miłości. Odnalazłam prawdziwą radość i pokój serca.
Dziś ciągle, coraz pełniej doświadczam i odkrywam piękno „małej drogi”. Poznaję Tego, który pierwszy, aż tak mnie umiłował. Przed Nim otwieram każdego dnia moje serce: trwam w milczącej adoracji, bądź rozmawiam tak po prostu – szczerze i z prostotą. Nie mogę wiele, ale ochotną pracą i radosnym darem z siebie w drobnych ofiarach, każdego dnia staram się odpowiadać miłością na Miłość. Zaś doświadczając swojej niemocy i bezsilności - wciąż mocniej i na nowo - uczę się ufać Jezusowi spodziewając się wszystkiego od Niego.
Jestem w Karmelu Dzieciątka Jezus dzięki Niemu, dla Niego i z Nim, wciąż pragnąc być coraz bliżej…
W Karmelu Dzieciątka 3 rok ----------------------------------------------------------------Moje rozeznawanie powołania, było „przedzieraniem” się do swojego najgłębszego pragnienia. Długa droga odróżniania wielu planów, marzeń, ambicji… od tego jednego głosu, który w istocie jest pragnieniem Samego Boga względem mnie. Odpowiedź odkrywałam na modlitwie, szczególnie w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu, modliłam się też w domu, wpatrując się w ikonę Trójcy Przenajświętszej, wg Rublowa… tajemnica życia Boga – Miłości i… to puste miejsce!
Odkrywałam Boga, jako Spragnionego komunii ze mną, a siebie, jako spragnioną komunii z Nim! „Zjednoczenie z Bogiem” – tak nazwałam moje najgłębsze pragnienie.
W tym czasie zaczęłam poznawać duchowość karmelitańską – pisma św. Teresy od Dzieciątka Jezus, fragmenty ze św. Teresy od Jezusa i św. Jana od Krzyża – mało rozumiałam, ale bardzo mnie to pociągało. Byłam coraz bardziej pewna, że to moja droga. Pojawiła się myśl o Karmelu Bosym – klauzurowym. Byłam już gotowa wstąpić, rzuciłam studia, gdy dość nagle, poważnie zachorowałam. Choroba była opatrznościowa – był to czas poświęcony na pytania i cierpliwe wsłuchiwanie się w odpowiedź Jezusa. Byłam pewna powołania kontemplacyjnego, powołania do Karmelu, ale pragnienie czynnego apostolstwa wręcz mnie wtedy paliło - „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”(Mt 25, 40).
Wiedziałam, że nie mogę zrezygnować ani z jednego, ani z drugiego pragnienia, że obydwa są Bożym wezwaniem.
„Odpowiedzią” okazało się poznanie naszego Zgromadzenia. Pan ofiarował mi tu wszystko, czego szukałam.
„Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój, w Bogu Zbawcy moim… wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny!”(Łk 1, 46nn)
w Zgromadzeniu 3 lata ----------------------------------------------------------------"Ktoś się długo pochylał nade mną..."
Zastanawiam się czy pisanie świadectwa w dzień święa Nawrócenia św. Pawła to przypadek, czy raczej Boże działanie?
Prawdę mówiąc nie wiem od czego zacząć i co mam tu konkretnie napisać. Nie jes to w moim przypadku takie prostte i nie wiem czy pomijając niektóre sprawy czy indyceny mojego życia będzie można poukładać to w jedna spójną całość.
No cóż spróbuję.
"Ktoś się długo pochylał nade mną..." tak można określić moje życie. Pomimo burz i zawirowań, upadków i zwlotów Ktoś = Bóg zawsze czuwał nade mną. Co więcej robił to czasem bez mojej wiedzy i zgody, a to dlatego, iż w swoim życiu balansowałam na poziomie dwóch światów. Świat dobra, który oznaczał Kościół, bliskość Boga i świat zła, który oznaczał towarzystwo oczywiście niezbyt dobre nie mówiąc, że złe i wszystko co się z tym łącz (imprezy i cała gama używek).
To iż byłam i tu i tu wynikało z mojej sytuacji rodzinnej. Tata pił, mama próbowała nas chronić a siostra wyjechała do szkoły do innej miejscowości. Całe domowe piekło zosało złożone na moje barki. W wyniku tego powstał we mnie bunt na Boga i na to iż On nie odpowiada mi "dlaczego", "DLACZEGO tak jest"?
By zrobić Mu na złość i uciec od tego co boli odnalazłam "grópę wsparcia" która "pomagała" mi zapomnieć o tym do czego musiałam wracać. Nie chciałam być taka jak tata, ale takie towarzystwo do tego mogło doprowadzić. Nie było aż tak iż tato pił cały czas, ale kiedy wpadł w ciąg to było strasznie.
Tułałam się więc na przestrzeni dwóch światów szukając swego miejsca. Gdy byłam w towarzystwie grupy i starałam się żyć jak oni dopadały mnie wyrzuty sumienia, że to prowadzi do nikąd, ale Kościół też mnie nie pociągał aż do momentu kiedy przyszedł do naszej parafii ks. Roman.
Począkowo dla niego zaczęłam chodzić do kościoła, bo fajnie mówił i był moim katechetą. Gdy patrzyłam na niego to myślałam sobie dlaczego mój tata nie jest taki.
To był mój powró do Kościoła. KIedyś nawe z nim rozmawiałam na temat tego jak to moje życie wygłąda i było mi juz lżej. Wiedziałam, że mam przed kim się wygadać... to była furtka przez którą wszedł Bóg.
Pomimo, iż przybliżyłam się do Boga wciąż jednak nie umiałam zerwać z towarzystwem, to było coś mocniejszego ode mnie.
Pewnego dnia usłyszałam od znajomej katechetki słowa które pomimo ich bólu pozwoliły zrobić pierwsze mocne postanowienia zmiany. Powiedziała:"wiesz, ty jeśli nie dotkniejsz dna, to się nie opamięasz, to się nie odbijesz. Ty musisz dotknąć dna by się odbić." Zaczęłam się odbijać, mniej czasu spędzałam w tym środowiśku, a chyba koniec nastąpił wtedy gdy jeden z kolegów spytał się mnie, a raczej wyraził zdziwienie, że chodzę do kościoła.
Powiedział:"wiesz dziwię się i nie mogę tego pojąć, bo ja ile razy wstanę nie mogę patrzeć się na mury tego budynku i dziwię się ze on jeszcze stoi (mieszkał bardzo blisko mojego kościoła i okna z mieszkania wychodziły właśnie na kościół). Nie było mi łatwo bo ze strony ks. Romana też czułam się niezrozumiana i czułam, że to jest ważny moment by wybrać - dlaczego wybieram Boga. Czy ze względu na ludzi czy ze względu na Boga?
Chodziłam na Mszę św. prawie codziennie w wyniku czego zaprzyjażniłam się z siostrami pracującymi w tej parafii, później poznałam młodzież ze wspólnot przyparafialnych - byli cudowni.
Podnosiłam się i czułam, że rosnę, że pomimo niezmieniającej się sytuacji w domu idę do przodu. Najbardziej niesamowiym uczuciem w tym wszystkim było to, iż czułam, że Pan wzywa mnie do Siebie, do tego bym poświęciła Mu moje życie.
O, nie było takie proste, gdyż miałam świadomość mojej przeszłości, a poza tym to przycież do zakonu idą "święte", a nie ktoś taki jak ja.
Próbowałam to tłumić, zagłuszać... nie dało się.
Próbowałam szukać "pomocy" u zaprzyjaźnionych Sióstr, bo już rochę mnie znały i wiedziały że szalony ze mnie człowieczek:-). Niestety i tam nie uzyskałam "pomocy".
Usłyszałam tylko, że Bóg nie powołuje melancholików tylko gwałtowników. To była moja ostatnia deska ratunku...nie wiedziałam co robić.
Czułam się grzeszna niegodna . Poddałam się. Nie wiedziałam co i jak będzie i nie interesowało mnie to. Ten ogień, który we mnie płonął nie dał się zagasić.
Przyjaciele i siosry nie byli zaskoczeni gdy im oznajmiłam iż idę do klaszttoru, najbardziej zaskoczona byłam nadal ja.
Rodzice też przyjęli to spokojnie i w tym też widziałam rękę Boga. Tato podjął nawet leczenie, zaczęli regularnie chodzić do kościoła. Dlaczego? Czy dlattego że córka idzie do klasztoru czy z innych powodów, nie wiem Bóg ma swoje ścieżki do serca człowieka.
Dlaczego Karmelitanki Dzieciątka Jezus?
Prawdę mówiąc nie wiem, wybierałam się do innych sióstr.
Pan przysłał mi "anioła", który pokazał mi ten klasztor. Gdy poprosiłam o przyjęcie i otrzymałam daę wsąpienia ogarnął mnie pokój - to był znak, że nie błądzę.
Wstąpiłam, złożyłam pierwszą i wieczystą profesję i wciąż trwam.
Dlaczego?
Bo tu, jeżeli można tak powiedzieć, namacalnie dotknęłam Boga.
Pozwolił mi doświadczyć takiej mocno, tak wyraźnie, że nie miałam wątpliwości iż On jest! To był piękny okres w moim życiu-najpiękniejszy.
Kiedy jestteś w kaplicy i czujesz jakby On był tak fizycznie obok ciebie, ot tak poprostu patrzył na ciebie a TY na Niego...
czy może być coś piękniejszego?
Jednakże nie zawsze tak jest i w moim obecnym życiu jest ciemno i nie jest łatwo, ale ważne jest jedno, pomimo tego co i jak czujesz trwaj.
To że Go nie czuję nie oznacza,że On nie patrzy się na mnie z tą samą czułą miłością.
Jest, choć na inny sposób, może na sposób trudniejszy ale jest...
bo ja wiem, iż KTOŚ SIĘ DŁUGO POCHYLA NADE MNĄ...
tak, jestem pewna, chyba tylko tego jednego iż to pochylenie Boga wciąż trwa nie tylko nade mną ale i nad tobą kimkolwiek jesteś i gdziekolwiek jesteś, i pomimo wszelkich zakrętów życiowych, upadków i wzlotów.
Bóg niezmiennie pochyla się nad tobą człowieku, by okazać Ci Swoją miłość, wierność i oddanie.
w Zgromadzeniu 12 lat ----------------------------------------------------------------Dlaczego Karmel Dzieciątka Jezus?
Najpierw była miłość do Jezusa i pragnienie życia w zjednoczeniu z Nim.
Potem decyzja na życie zakonne - radykalne. Wybór padł na Karmel. Ale co zrobić z pragnieniem pracy na misjach i wśród dzieci? Okazało się, że można to wszystko połączyć
gdy do ręki dostłam zaproszenie na rekolekcje w Karmelu Dzieciątka Jezus
Mając 17 lat odkryłam, że moje pragnienia wypełnienia sensu życia są zbyt wielkie, bym mogła je zrealizować! Nigdy nie dam rady!
Po kilku latach poznałam Jezusa. On zaczął prowadzić mnie do centrum życia, którym jest On sam.
W końcu ukazał mi Karmel Dzieciątka Jezus.
Czuję, że znalazłam drogocenną perłę! Perłę, która zaspokaja wszelkie me pragnienia i ukazuje sens życia.
Jak się to dzieje? Nadal przecież jestem słaba i nie daję rady. To moje "nic" podchwytuje św. Terenia i kieruje mnie swoją "małą drogą".
Tu w Karmelu Dzieciątka Jezus nasza Święta Patronka niestrudzenie przekonuje mnie do ufności, że moje "nic" dnia dzisiejszego, ofiarowane i Jezusowi sprawia Mu radość.
Pokój jakiego doświadczam, dowody Bożego Miłosierdzia i przybliżanie się do prawdy przekonują mnie, że dokonuję dzieła swego życia.
Żyję w miłosnej obecności Pana, karmiąc się modlitwą i milczeniem prawie 15 lat
i wciąż poznaję, że jeszcze nie odkryłam całej piękności mojego Boga w obliczu którego stoję...
Ufność i zawierzenie pomagają mi trwać w miłosnej służbie Bożemu Dzieciątku. Na Jego chwałę i możytek maluczkich.
Choć nie jest to łatwe, ale Pan jest mocą.
Pisma Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus, Świętej Faustyny i droga dziecięctwa - droga prosta i zwyczajna w ufnym i radosnym zawierzeniu Bogu, który jest Ojcem.
Ojcem pełnym miłosierdzia. To przesłanie sprawiło, że szybciej biło mi serce. Przyszedł moment, że postanowiłam już dalej nie szukać. Jednak moje bycie tutaj pozostaje nadal wielką tajemnicą; tajemnicą, której szczegóły bywają mi czasem odsłaniane w najbardziej niespodziewanych momentach.
Modlitwa - Niagara. Klitnij...----------------------------------------------------------------